niedziela, 5 lutego 2017

KONTYNUACJA

No i jakoś udało nam się znaleźć czas na napisanie czegokolwiek. W Wordzie wygląda to bardzo obiecująco i mam wrażenie, że obie rozwinęłyśmy choć trochę nasze skrzydła, ale oceńcie to sami:

http://duchywemgle.blogspot.com/p/blogi-d.html


sobota, 24 grudnia 2016

Rozdział 31




Z satysfakcją wpatruję się w klęczącą na ziemi postać. Mogę zrobić z nim wszystko, czeka na mój wyrok. Tylko co zrobić, żeby naprawdę cierpiał?

Kenji staje obok mojego tronu i zbliża wargi do mojego ucha.

– To palant i egoista. Dba tylko o siebie. Powinna to być kara, która będzie dotykała go bezpośrednio. Po pierwsze, proponuję samotność, po drugie, strach, po trzecie, tortury –  szepcze.

 Mamy odpowiednie miejsce? – odwracam ku niemu twarz.

Pstryka i uśmiecha się po łobuzersku.

 Możemy mieć – wypowiada już głośniej, aby skazany mógł go usłyszeć.

Krzywię się, gdy morderca zabiera głos.

– Najwyższa królowo, cieszę się, że cię spotkałem. Choć myślałem, że piekłem rządzi facet. Rozumiem, że to już koniec mojej wędrówki, mój dom?

  Nie boisz się? –  pytam gorzko

 Czego mam się bać, to piekło, wszyscy tu mają interesującą przeszłość kryminalną, nadaję się jak ulał. Może nawet cię zdetronizuję –  puszcza oczko.

Fuj. Spoglądam na Kenji’ego, też się krzywi. Prycham.

 Nienawidzę cię koleś i uwierz, nie będzie ci tu miło. Pamiętasz tę kobietę, którą zabiłeś osiem lat temu? Pamiętasz jej krzyk? Tego dnia zniszczyłeś życie wielu ludziom, w tym mi. Pamiętasz dzień, w którym zginąłeś? Miałam sprawić, żebyś przeżył i trafił do Raju. Ups, nie wyszło. A teraz psie, będziesz cierpiał przez wieczność nieludzkie katusze i nikt, kurwa, nikt cię nie usłyszy, nie pomoże ci! Będziesz gnił samotnie, nie wiedząc co się dzieje –  jakby na potwierdzenie moich słów jego ciało zaczyna gnić, a on wpada w płacz i zaczyna błagać o zbawienie.

Jego szloch jest dla mnie kojący. Odczuwam ulgę, jakby cały mrok znikał. Trzeba było wcześniej się nim zająć. Koleś cały się opluwa, jest żałosny, chyba nie tak wyobrażał sobie śmierć. Po chwili już go nie ma.

Kenji kuca przede mną, z dnia na dzień jego oczy nabierają coraz bardziej czerwonej barwy.

 On ci zrobił to wszystko? Sukinsyn i do tego obrzydliwy pijak. Zajrzałem mu do głowy, wolę o tym zapomnieć. Masz wódkę? – siada na poręczy tronu.

Podaję mu alkohol.

 Zabił mi matkę, ale w sumie jestem tu, dlatego że to zrobił. Teraz zobaczyłam jeszcze jak płacze. Jestem szczęśliwa i spełniona jak nigdy –  uśmiecham się.

 –  Cieszy mnie to, Rachel – całuje mnie w czoło na odchodne, zostaje po nim tylko pusty kieliszek.

 Ciągle znika, ale zawsze wraca, kiedy go potrzebuję.


– Rachel – słyszę słaby szept.

 Odwracam się w jego stronę, a strażnicy, dookoła mnie, stają na baczność. To tylko Sam. Spogląda na mnie twardym, przerażającym wzrokiem. Ma do mnie wyrzuty, znowu.

 –  Jesteś wkurzona, nie chce mi się z tobą gadać – oznajmiam protekcjonalnym tonem, byleby ją odstraszyć.

 Na twarzy dziewczyny pokazuje się grymas obrzydzenia.

 –  Proszę cię, odpraw strażników i porozmawiaj ze mną. –  niemalże płacze –  To ważne.

 Okay – mówię ostrożnie, po czym wyrywam strażnikowi broń –  ale to zabieram ze sobą.

 Siedzimy w jakimś zaułku. Dużo ich tutaj, można dostać bólu głowy. Mierzę do dziewczyny.

 –  Wpakowałaś wszystkich w niezłe bagno. Jesteś marionetką, a ja jeszcze raz spróbuję przemówić ci do rozsądku, bo nie chcę walki, która nadchodzi- zaczyna. 

 Opieram się wygodnie o ścianę, jednak wolę nie opuszczać broni. Może udzieliła mi się paranoja władców, z którymi miałam do tej pory do czynienia. Może to takie zaburzenie ludzi posiadających wysokie stanowiska. Nie obchodzi mnie to za bardzo. Sam kontynuuje przemowę.

 –  Zło cię omotało, dzieją się naprawdę okropne rzeczy. Lucas też jest zagrożony. Wszyscy są.


            Spoglądam na nią, jakbym nic nie rozumiała.

 –  Lucas? Kto to? Powinnam go znać? – oczywiście, że go pamiętam, ale jego imię nie znaczy już dla mnie zupełnie nic.

 –  Jaja sobie robisz? Dziewczyno, próbuję do ciebie dotrzeć, twój opór jest irytujący –  zawodzi blondyna.

Odbezpieczam broń. Z tego, co wiem, maszynka ta pozbawia diabły i anioły nieśmiertelności i wrzuca ja w jakieś wymiary pośrednie, gdzie dożywają swoich dni. Podoba mi się. Dziewczyna automatycznie się zamyka. Nie chce mi się z nią dyskutować. Wlepiam wzrok w dziewczynę. Jej blond włosy opadają na grubo pokrytą makijażem twarz. Na rękach ma pełno bransoletek, zakrywa blizny, odruchowo sięgam  ręką do piersi. Dlaczego ja nie mam nawet śladu? Nieważne, Sam wygląda jak lalka, a ja takimi gardzę. Spokojnie potrafię ją sobie wyobrazić łapiącą samochody na rogu ulicy. Prycham, gdy oczami wyobraźni widzę ten obraz.

 –  Rachel, słuchasz mnie? –  pyta.

 Zupełnie się wyłączyłam, wydawało mi się, że siedzimy w ciszy. Jednak mam świadomość, że nic nie straciłam, ona ciągle pieprzy o tym samym, już mi się znudziło. Spoglądam na nią twardo, przygotowując broń do strzału.

 – Nie, kurwa, przynudzasz, Samantho. Nie zamierzam cię już więcej słuchać –  strzelam, ale diablica dematerializuje się, unikając ciosu.

 Rozluźniam się i siedzę tak przez chwilę, następnie wstaję i dumnym krokiem wracam do straży, czarna  sukienka ciągnie się po ziemi.


Coś się stało. Zrywam się z łóżka. Słyszę niepokojące dźwięki dochodzące z zewnątrz. Serce bije mi jak oszalałe, mam problem z oddychaniem. Nie wiem czemu, ogarnia mnie wrażenie, że powinnam uciekać. W pokoju jest więcej straży niż zwykle, Kenji’ego nigdzie nie widzę. Słyszę krzyki, do pokoju wbiegają jakieś osoby. Nie znam ich, mają broń, patrzą na mnie, atakują. Kogo? Mnie? Co chcą zrobić? Kim są? Gdzie Kenji? Jedna z postaci strzela, strażnik zasłania mnie własnym ciałem, po czym znika w odległym wymiarze. Zamykam oczy z nadzieją, że to tylko sen, kiedy je otwieram, w pokoju widzę martwe ciała. Przez drzwi wpada Kenji, kuca przy moim łóżku.

  Co się dzieje, ty ich zabiłeś? –  odzywam się, a diabeł kiwa głową – Co się dzieje?- ponawiam pytanie, czuję się trochę zagubiona.

 –  Nie wiem, byłem pewien, że pozbyłem się Lucyfera, ale chyba komuś wyżej się to nie spodobało. Jebane anioły, pieprzony Bóg, wspierają go. Do tego ta cholerna Samantha! –  odpowiada wyraźnie zmartwiony – Mam plan, trzeba tylko usunąć wszystkich od A do Z i zbudować świat na nowo, inaczej nic nie zrobimy. Nie myślałem, że tyle osób mnie nienawidzi. Sądziłem, ze tylko niegroźna garstka się przejmie. Zmoro, rewolucja to już przeszłość, teraz musimy wygrać wojnę. Najpierw stłumimy ten bunt, potem rozpalimy Ziemię, pogrążymy wszechświat w chaosie, dalej zajmiemy się siłami wyższymi- jest pełen zapału, ma wizję.

 Przytakuję mu kilka razy, a potem biegnę z nim.

 Chłodny wiatr owiewa moje nogi, kiedy pędzę przez korytarze w samym podkoszulku. Wybiegłam jak stałam, teraz w rękach trzymam broń i zmierzam ku wściekłemu tłumowi. Nagle czuję szarpnięcie. Ktoś mnie zatrzymał i ten ktoś pożałuje. Już mam strzelać, kiedy postać się odzywa.

 –  Stop, dziewczyno. Nie uważasz, że powinnaś coś na siebie nałożyć? To cholernie głupie, półnaga ty przeciwko uzbrojonym diabłom z bożym błogosławieństwem – Kenji.

Właściwie nawet o tym nie pomyślałam, ale brunet podsuwa mi buty, pomaga nałożyć czarną ramoneskę, zakłada ręce na piersi i wiem, że dopóki się nie uspokoję, nigdzie się nie ruszymy.


Jestem w środku Armagedonu. Sprzymierzeńców Lucyfera jest naprawdę dużo. Nie są to tylko diabły, widzę też anioły i…Lucy? Nie, to nie ona. Ona nie żyje. Zniknęła na zawsze. Walczę już dłuższy czas, nie bardzo potrafię się odnaleźć wśród tylu osób, ale jeszcze stoję.  Co chwilę ktoś pada, moje ubrania są brudne, podarte i przepocone. W użyciu jest każdy rodzaj broni, swój karabin już straciłam, a kiedy zrobiło się za duże zamieszanie, postanowiłam wziąć bardziej kontaktową  broń.

 Wymachuję nożami, udaje mi się kogoś ranić, raz po raz. Jestem w tym beznadziejna, jednak mam trochę fartu.

 Przeszywa mnie okropny ból. Wzdrygam się, z mojego ciała tryska krew, ktoś przyciska do mnie swoje ciało. Odwracam głowę, Sam, znowu Sam. Nagle się orientuję, mam klatkę piersiową przebitą krótkim mieczem. Krzyczę z bólu i frustracji.

 –  To dla twojego dobra, będziesz zadowolona – szepcze.

 Robi mi się ciemno przed oczami, nie mogę złapać powietrza, po chwili padam na ziemię. Kenji, pomóż mi! Proszę. Pomoc nie nadchodzi.


Już wszystko wiem, zobaczyłam. To jego wina. To on jest odpowiedzialny za to, co się ze mną działo. Przez niego podjęłam decyzję, to on szeptał mi w głowie, on wysłał Sam, która potem się zbuntowała, to on zabił Lucy. Cały czas siedział w moim umyśle omamiając mnie niczym hipnotyzer. Sam miała rację. Byłam głupia, jestem głupia. Umieram raz na zawsze.


Stoję przed lustrem w łazience. Co ja tutaj robię? Dlaczego, do cholery, jestem na Ziemi? Wszystko wygląda dokładnie tak samo jak przed moją śmiercią. Opieram ręce o umywalkę i spoglądam w lustro. Widzę w nim zmęczoną życiem, wychudzoną, wyniszczoną dziewczynę o przetłuszczonych, brzydkich, rzadkich włosach oraz czarnych, matowych oczach, które są jak ściana. Dziewczyna uśmiecha się.

 –  Chcesz to zrobić jeszcze raz?  Nikt nie obiecuje, że nie będzie tak samo albo gorzej. Dostałaś drugą szansę, kolejnych możesz nie dostać. Przemyśl to, zabić się możesz w każdym momencie swojego życia, pożyj jeszcze trochę, daj sobie pomóc. Poza tym jest chyba ktoś, komu także przydałoby się wsparcie, czyż nie mam racji? – ten głos należy do Sam.

 Jestem tego pewna, zupełnie nie pasuje do postaci z lustra, którą jestem. Dobrze wiem, że mówiła o Lucasie. Wiem też, że to całe życie po śmierci nie było wytworem mojej wyobraźni. Kenji też istnieje naprawdę, a teraz może być bliżej niż się wydaje. Znam już prawdę o nim i nie chcę go przy mnie, a diablica może znowu mieć rację. Kiedyś się zabiję, albo umrę młodo, wiem, że nie dane mi dożyć starości i założyć rodziny. Zresztą nie chcę tego. Póki co spróbuję pogodzić się z życiem, postaram się być dla Lucasa przyjaciółką, a nie kulą u nogi. Teraz, gdy wiem tyle o jego życiu, może będę w stanie go wesprzeć. Chociaż największym wsparciem będzie ogarnięcie wreszcie samej siebie.

 Ostatni raz, myślę sobie,  ostatni i od jutra zacznę wracać do żywych. Po prostu potrzebuję tego, chcę żeby przeżycia ostatnich miesięcy wypłynęły razem z krwią. Brzydzę się swoją naiwnością i tym, co zrobił ze mnie Kenji.  Rozcinam nożem rękę, przekątna linia na przedramieniu. Pomoże mi się skupić, a jednocześnie mnie nie zabije. Ktoś wyłamuje drzwi, wypuszczam nóż i opadam na podłogę. Nie ma kałuży krwi na kafelkach, czerwony płyn spływa mi tylko po ręce i odczepia się strupami od kolan. Ojciec podbiega do mnie. Płacze, słyszę jego szloch, kiedy mnie przytula. Ja też zaczynam płakać, mimo że ciężko odnaleźć mi jakieś łzy.

 –  Przepraszam, tato.




I oto koniec. Jednak, kto się martwi, niech przestanie, bo powstaje kontynuacja. Nie będzie publikowana pod tym adresem, niedługo stworzymy nowego bloga. Teraz, jak już wiemy z czym to ugryźć, może będzie mniej chaotyczny i bardziej dopracowany, tak jak nasze teksty. Podamy do niego linka, jak tylko powstanie. Poza tym, ostatnio, jak zajrzałam do tego, co tu opublikowałyśmy, trochę się podłamałam, więc zabrałam się za dogłębne poprawki, które zmienią niektóre relacje, wydarzenia i niektórych bohaterów. Mam ambicję, żeby doprowadzić ten tekst do względnej perfekcji i opublikować na nowo. Nie wiem, kiedy to się stanie, ale raczej liczyłabym w latach niż miesiącach, więc na razie zostańmy przy tym. Nie chcemy was zostawiać też z niczym, ostatnio zaczęłam bawić się YouTubem. Jestem komputerową amebą, ale lubię urzeczywistniać obrazy z mojej głowy, w związku z czym stworzyłam coś na kształt zwiastuna kontynuacji tego dzieła. Może ten link zaspokoi trochę waszą ciekawość.

Nie zapomnijcie o nas i do zobaczenia w kolejnej odsłonie. Wesołych Świąt! :) 



piątek, 11 listopada 2016

Rozdział 30


Zaczęło się. Diabły z całego piekła gapią się w osłupieniu na bandę idącą przed siebie. Nikt nie wie, co się dzieje, co skłoniło nas do marszu, nikt nie reaguje, dopóki Kenji nie wyłania się z tłumu. Idzie na przedzie z rękami w kieszeniach. Na nikogo nie spogląda, nie wacha się, wygląda jak król i pan wszystkiego, mimo że niektórzy członkowie pochodu są od niego sporo wyżsi i potężniejsi. W końcu staje, a razem z nim zamiera wszystko wokoło. Dosłownie wszystko. Nie zatrzymał czasu, widzę spojrzenia wszystkich zebranych, widzę jak oddychają, mrugają, po prostu zamarli w bezruchu.

 – Drodzy umarli, Lucyfer się ze mną skontaktował i kazał wam przekazać, że nie będzie już władał piekłem… –  Kenji’emu przerywa krzyk zebranych. Wyłapuje słowa świadczące o dezaprobacie, podejrzliwości i zaniepokojeniu.

 –  Co, do cholery?! Dlaczego? –  z tłumu dał się słyszeć piskliwy głos.

 – Spokojnie, spokojnie – mówiąc to, Kenji poruszył rękami w uspokajającym geście. Jego głos zabrzmiał głośniej niż powinien. – Lucek dostał nową fuchę. Pan Bóg ma jakieś problemy i go potrzebuje. Nie znam szczegółów, dowiedziałem się dzisiaj i też jestem w szoku. Nie ma co się ekscytować, wola boska, te sprawy. Kazał przekazać wam jeszcze jedną wiadomość… – chłopak brzmi  bardzo wiarygodnie. Sprawia wrażenie z lekka zakłopotanego, jakby ta sytuacja była dla niego czymś nowym, ale przecież to świetny manipulant.

 Nagle w pomieszczeniu wszystko wybucha czerwonym dymem. Nic nie widać, słychać tylko głęboki, miły i łagodny głos. Głos, który przenika całe wnętrze. Słyszę szept chłopaka, który musi znajdować się całkiem blisko mnie. Czyżby to był głos Boga? Czekam na rozwój wydarzeń. Świadomość, że mam przyzwolenie na ucieczkę, dziwnie mnie uspokaja. Głos uspokaja wszystkich i zapewnia, że Lucyfer jest cały i zdrowy. Przekonuje nas, że władca piekła dostał awans i pozostanie przy Bogu. Dobrze wiem, że to kłamstwo, a całe to przedstawienie to mistyfikacja stworzona przez Kenji’ego. Nie rozumiem trochę, czemu nie zaczął rewolucji wcześniej i, co najważniejsze, beze mnie, w końcu organizacja jest świetna. Na koniec z sufitu zsypują się zwinięte kartki papieru listowego. Zgodnie z zapowiedzią głosu, jest to ostatnie rozporządzenie Lucyfera. Odwijam świstek i czytam. Już rozumiem. To byłoby trochę podejrzane, gdyby Lucyfer ustanowił Kenji’ego swoim następcą. Chłopak ma kiepską opinię, nieciekawą historię, a co najważniejsze, jawnie nie lubi się z eks-władcą. W rozporządzeniu jest wyraźnie napisane, że to ja mam zasiąść na tronie zamiast Lucyfera i moje zdanie ma być najważniejsze. Uśmiecham się. Wreszcie będę miała nad czymś kontrolę i będę mogła samodzielnie decydować. Jasne, pewnie Kenji będzie mi pomagał, jednak ufam, że nie będzie się zbytnio narzucał, da mi wolną rękę. Spoglądam na niego. Widzę, jak niespokojnie obserwuje tłum. A ja nadal mam ochotę uciekać. Nie jestem tu zbyt długo, jestem w bliskim związku z Kenji’m, a połowa pewnie nie zna nawet mojego imienia, to, że prowadzam się z najbardziej osławionym diabłem, wcale nie oznacza, że wszyscy mnie kojarzą. Mogą wybuchnąć jakieś zamieszki, jakiś bunt, albo po prostu nie będzie zgody.

Póki co jest jednak spokojnie, próbują zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Zauważam Sam, spoglądającą na mnie wzrokiem, który odbieram jako zawistny i zabójczy. Jasper też tu jest. Gdy odnajduję go spojrzeniem, stwierdzam, że nie jest tak źle. Wygląda na całkiem zadowolonego. Wypatruję kolejnych twarzy, które mogę kojarzyć, przerywa mi szarpniecie za ramię. Odwracam się przerażona i próbuję się wyrwać. Jakiś obcy chłopak nakazuje mi milczenie. Rozglądam się w panice, ale Kenji zniknął. Nieznajomy popycha mnie w stronę korytarza. Nie mam wyjścia, idę z nim. Kenji na pewno mi pomoże. Prędzej czy później, ale mnie nie zostawi. Jego misterny plan poszedłby się bujać, chyba, że o to mu chodzi. Może ma jakiś plan, o którym nic nie wiem? Podejmuję jeszcze jedną próbę ucieczki, ale chłopak jest silniejszy niż wygląda. Ma ostrzyżoną na łyso głowę, nie jest już nastolatkiem, ale nie może mieć więcej niż czterdzieści lat. Jego ubrania są czarne, a na nadgarstkach widzę tatuaże i zegarek. Po chwili facet ciska mnie przez próg do pokoju. Do mojego pokoju. Potykam się i upadam na podłogę. Chwytam się łóżka i oszołomiona wstaję. Odskakuję do tyłu, kiedy orientuję się, że na moim materacu siedzi postać nastolatka. Staram się uspokoić, to tylko Kenji.



 Wolałem usunąć cię z pola widzenia, zanim się połapali. Jutro wprowadzę cię w tajniki organizacji – mówi. – A, i lepiej zacznij się pakować, jeśli jest tu coś, bez czego nie przeżyjesz, bo wprowadzasz się do komnaty Lucyfera.

 –  Co z Lucyferem, jak wróci? –  przezornie wolę zapytać.

 –  A co ma być? Pozbędziemy się go raz na zawsze –  nie podoba mi się to ani trochę, jednak skoro już zaczęłam, nie wypada dezerterować.

 Jeszcze tego samego dnia, przeprowadzam się do Lucyfera. Kenji mówi, że to dla mojego bezpieczeństwa, ponieważ nawet on nie potrafiłby zapanować nad rozemocjonowanym, zdezorientowanym tłumem. Osobiście mam jednak wrażenie, że chodzi o coś innego, tylko nie wiem o co. Kocham go, naprawdę i po raz pierwszy kogoś kocham, ale coraz bardziej się go boję. Zaczyna realizować swoją wizję, ma coraz więcej tajemnic i coraz częściej traci panowanie. Mówi, że on też mnie kocha, dlatego pilnują mnie strażnicy, dlatego mam przeczekać „usuwanie” byłego szefa. Ma być jak najmniej hałasu i skandali, dlatego ja muszę zostać póki co pod opieką, chroniona przed światem. Nie uśmiecha mi się to, ale go rozumiem. Także się o niego martwię, ale chyba w trochę inny sposób niż on o mnie. Czuję coraz większe otępienie, przestałam się rzucać, pyskować, Kenji sprawił, że się uspokoiłam, nie ma już sensu z nikim walczyć, już nie mam po co. Mam ludzi którzy za mnie myślą, którzy się o mnie troszczą, jestem kochana, jestem bezpieczna. Mogę już odpocząć. Ufam Kenji’emu, on wie, co jest najlepsze dla wszystkich. Codziennie tracę cząstkę siebie, ale to dobrze, tracę emocje, dzięki temu przestaje mnie boleć, dzięki temu zapominam. Pozwalam, żeby dziwne uczucie wypełniało mi umysł, a brązowo-czerwone oczy go otępiały.

 Lucyfer zniknął. Kenji nauczył mnie, co mam robić i mówić. Nauczył mnie być królową. On zajął posadę mojego nauczyciela i doradcy. Dał mi coś, dzięki czemu jestem znowu w stanie myśleć. Czasem powraca otumanienie, ale chłopak mówi mi wtedy, co robić, a ono mija. Czuję się jak władczyni, czuję moc, widzę jak wszyscy na mnie reagują. Nawet Sam spokorniała. Jest zupełnie jak w wizji, którą Kenji ukazał mi na początku naszej przygody. Czuję się szczęśliwa, niezależna i silna. Zgadzam się, żeby to trwało wieczność. 

 Siedzę w zorganizowanej przez armię Kenji’ego Sali tronowej, mam tu wszystko czego mi potrzeba, z głośników leci muzyka, którą JA lubię, otaczają mnie MOJE obrazy, w ręku trzymam alkohol. Co jak co, ale od tego się nie odzwyczaję, to nawyk. Chyba jestem jedyną diablicą z nałogiem.  Niezłe osiągnięcie, nie powiem. Nagle dzieje się coś, co burzy mój spokój, wchodzi mężczyzna w towarzystwie dwóch strażników, za nimi naturalnym, dumnym krokiem, zbliża się dobrze mi znany brunet, który przelotnie spogląda mi w oczy, jakby próbując wyczuć sytuację. O dziwo wszystko rozumiem, wiem kto przeszedł przez drzwi i dlaczego. Nowi martwi zawsze wchodzą ze strażnikami, jednak ten nie żyje od bardzo dawna. Zastanawia mnie, gdzie dotychczas się podziewał, zabił bliską mi kobietę, przez niego się tu znalazłam, był okropnym oblechem, zabiłam go, nie mógł być w niebie, więc gdzie był?  





Dawno się tu nie ujawniałam, ale chciałam przeprosić za zaniedbywanie blogów, które do tej pory regularnie czytałam, a także tych, które pojawiły się w zakładce "spam" i które miałam zamiar przeczytać. Niestety, póki co, ani ja, ani moja koleżanka, nie mamy do tego głowy, ani czasu. Nawet pisanie przychodzi z trudem. Postaram się wszystko uporządkować i nadrobić przez święta.

sobota, 15 października 2016

Rozdział 29


Siedzimy z Kenjim na łóżku, oparci o ścianę w pokoju.

– To jak? Możemy wrócić do tematu rewolucji? – pyta diabeł.

 Opieram głowę na jego ramieniu i przymykam oczy.

– Możemy.

– Lucyfer to bóg, ma władzę, ale my mamy sojuszników i resztki mojej mocy. Wystarczy zaatakować w odpowiednim momencie. Obecnie nie ma go w piekle. Obgaduje coś ważnego z Michaelem i Bogiem. Może zabójstwo Lucy. Nie wiem, w każdym razie nie będzie go przez jakieś dwa, ewentualnie trzy dni – Kenji uśmiecha się łobuzersko – i kiedy wróci, ty będziesz już siedziała na tronie. Zmusimy go, by również się pokłonił, a potem będziesz mogła z nim zrobić, co tylko zechcesz.

– Co zrobimy z przeciwnikami? – pytam, a on spogląda na mnie jak na największą idiotkę. – No co, chcę wiedzieć – podnoszę głos, odsuwając się od niego.

– Nie martw się nimi, wszystko już obmyśliłem. Nie wychodź stąd, okay? Masz tu jakąś rozrywkę – pstryka palcami.

 Pstryknięcie to tylko forma ostrzeżenia, niedawno odkryłam, że czary działają i bez tego. Po chwili w pokoju pojawia się półka z książkami oraz tak zwany „kącik plastyczny”. Zaraz, zaraz, czy on chce mnie tutaj zamknąć?

– Czemu to robisz? – w moim głosie słychać niepokój.

– Co robię, Rachel? – spokój i łagodność dają w tym momencie dosyć upiorne wrażenie.

 Przełykam ślinę.

– Nie zgadzam się, nie będę tu siedziała całymi dniami – protestuję.

– To dla twojego bezpieczeństwa.

 Prycham.

– Kiedy przestaniesz wciskać mi te żałosne gadki. Błagam cię, bądźmy poważni. Idę z tobą – oznajmiam.

 Widzę, że diabeł chce coś powiedzieć, ale mu na to nie pozwalam. Wychodzę z pokoju.

 – Kiedy się stałaś taka…wiesz, o co mi chodzi – Kenji wychodzi za mną.

­– Mam już dosyć tego, że wszystko mnie omija – uśmiecham się. –­ Prowadź.

Nigdy nie wpadłabym na to, że piekło ma piwnicę, a jednak. Zeszliśmy niżej pod ziemię. Tak jak przy wyjściu z piekła dominują kolory szary i czarny, a w samym piekle – czerwony, tak tu wszystko ma pomarańczowy poblask. Diabeł łapie mnie za rękę. Stajemy na środku wielkiej, błyszczącej oranżem pustki. Unoszę brodę i dostosowuję się do jego dumnej pozy. W mgnieniu oka, zupełnie znikąd, zaczynają pojawiać się postaci. Są w każdym wieku, każdej płci, rasy. Niektóre nawet nie są diabłami. 

– Dobra, rozumiem, że udało ci się przekonać mnie, ale skąd wytrzasnąłeś ich? – macham ręką w kierunku kilku prowizorycznych, ale mrocznych oddzialików.

– Każdy z nich pragnie agresji i zemsty, trzeba umieć to wykorzystać. Emocje są do dupy, ale ułatwiają pracę wielu istotom, szczególnie w zaświatach.

Przyglądam mu się uważnie. Wygląda tak, jakby planował to wszystko od dawna. Kieruję spojrzenie znowu w kierunku tłumu. Jeden chłopak szczególnie przykuwa moją uwagę. Wygląda bardzo znajomo, jestem przekonana, że go znam, tylko nie wiem skąd. Niemal podskakuję z zaskoczenia, kiedy Kenji dotyka mojego podbródka. Wygląda twardo i chłodno, wiem, że powie teraz coś ważnego i zdecydowanie nie zniesie sprzeciwu.

– Posłuchaj mnie uważnie, zmoro. Bądźmy szczerzy, mimo całego mojego uczucia względem ciebie, czasem zachowujesz się jak wrzód na dupie. Ostatnio zaczęłaś się stawiać i robić głupie rzeczy, co nie bardzo mi się podoba, więc ustalmy kilka rzeczy. Trzymasz się z boku, nie ingerujesz, jeśli nie będzie to konieczne, kiedy mówię, że masz wiać, wiejesz. Teraz musisz mi obiecać, że jeśli dam ci broń, będziesz zabijać innych, a nie siebie – mam wrażenie, że jedno złe słowo, zły ruch, a przesiedzę wieczność zamknięta w pokoju.

– Rozumiem – odpowiadam.

– A obiecujesz? – odruchowo spuszczam głowę.

 Nagle moje ręce wydają się bardzo interesujące. Diabeł szarpie jedną z nich.

 

– Obiecujesz? – naciska.

– Obiecuję.

– W porządku – kąciki jego ust unoszą się w łobuzerskim, ale  przyjaznym uśmiechu. 

 Po chwili trzymam w dłoni sztylet, a chłopak wkłada mi za pazuchę skórzanej kurtki pistolet. Przy okazji przytula mnie i przyciska swoje wargi do moich. Kiedy wszyscy ruszają przed siebie, tracę go z oczu.

 W tłumie udaje mi się odnaleźć znajomego chłopaka. Podchodzę do niego.

– Czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? – pytam, siląc się na luz i pewność siebie.

Ciemnowłosy chłopak, który do tej pory miał wzrok wbity w ziemię, podnosi głowę. Jego oczy są jasne, a skóra blada. Jest naprawdę chudy, jakby był anorektykiem. Może był? W końcu nie jest tu bez powodu.

– Nie sądzę – burczy.

Idę z nim ramię w ramię, bardzo czuć od niego nikotynę oraz alkohol, a rękawy jego bluzy są rozciągnięte i zwisają bezwładnie. Ręce mu drżą, cały drży. Na pewno go znam. Dałabym sobie głowę uciąć.

– Jak masz na imię? – dopytuję, nie mogę dać za wygraną, bo oszaleję.

– Nathan – już nawet na mnie nie patrzy.

– Kiedy i jak zginąłeś? Skąd się tu wziąłeś? – nie potrafię odpuścić, chociaż głupio mi z tego powodu.

– Naprawdę uważasz, że to dobre pytania? – mogłabym przysiąc, że ten nieartykułowany dźwięk na końcu, to śmiech.

Rumienię się.

– Nie bardzo pamiętam śmierci, byłem pod wpływem wielu środków odurzających. Wydaje mi się nawet, że umarłem bez koszulki – znowu śmiech – pamiętam tyle, że miałem zjebane życie, że byłem wrakiem emocjonalnym, a pewnego dnia ktoś, jakiś głos w głowie, po prostu mnie wykończył – gdy zerka na mnie, dostrzegam ponury uśmiech.

Cholera, to nie może być on. To na pewno nie jest ten chłopak. Sam nie mogła przyczynić się do jego śmierci. Wspomnienia ze stróżowania wracają. Ona zawsze była diablicą, a ostrzega mnie przed Kenjim. Jakim prawem?

 

 

 

niedziela, 11 września 2016

Rozdział 28


Kenji kładzie mnie na łóżku. Leżę skierowana twarzą w stronę ściany, jednak wiem, że Kenji nie odszedł. Ledwie czuję, jak głaska mnie po głowie. Nie jestem w stanie się do niego odwrócić, odezwać się, przestać płakać. Nawet nie wiem, czy chcę, żeby on tu był. Jednak jego dotyk mnie w jakiś sposób uspokaja. Leżę zapłakana w pozycji, w której mnie położył, moim ciałem wstrząsa tylko szloch, a diabeł cały czas siedzi w milczeniu tuż obok. Nic się nie zmienia, nie wiem, ile czasu już upłynęło, jestem zmęczona, udaje mi się zasnąć.

Budzę się ciężko dysząc, serce wyrywa mi się z piersi, ale ja nie wydaję żadnego krzyku. Widząc moje nagłe przebudzenie, Kenji wstaje z krzesła, na którym, jak widać, usiadł, gdy spałam. Podchodzi do mojego łóżka i delikatnie, niepewnie mnie obejmuje. Jakby nie wiedział, czy dobrze robi. Ja też nie wiem. Nadal się nie odzywam. Nie wiem, co miałabym powiedzieć. Wróciłam do początku. Wróciłam do stanu, w jakim znajdowałam się na krótko po śmierci mamy, ale mam wrażenie, że tym razem jest gorzej. Za dużo tego wszystkiego. Zwijam się w kłębek. Nic więcej nie zrobię. Nie mogę. Kenji nakrywa mnie kołdrą.

– Poradzisz sobie, zmoro. Pomogę ci w tym – szepcze.

Słowa banalne, ale do mnie docierają. Nie wiem, co takiego ma w sobie ten chłopak, że cokolwiek robi, sprawia, że czuję się spokojniejsza i  bezpieczniejsza. Dziękuję mu w myślach za to, że jest i próbuję odwrócić jakoś swoją uwagę od pojawiających się w głowie, przerażających obrazów. Nie wiem, jak to zrobię, ale muszę dojść do siebie. Śmierć mnie już nie wybawi, a jedyną osobą, na którą mogę liczyć jest Kenji. Nagle dociera do mnie pewna myśl: Lucy nie żyła w zwyczajnym świecie, tylko w zaświatach, nie była żywa, a jednak umarła. Przynajmniej na to wygląda, bo po co Lucyfer miałby ją zabijać wiedząc, że nie umrze? Może, gdybym się postarała, ja też mogłabym tak zginąć? Może już by nie było kolejnego nieba i piekła. Może w końcu odeszłabym raz na zawsze?

– Zobaczysz, wkrótce się podniesiesz – zapewnia Kenji, łapiąc moją rękę.

Podniosę się, ale tylko po to, żeby upaść.     

Bezwładnie staczam się z łóżka. Nie wiem, gdzie jest Kenji, ale na pewno nie tu. Gdy już jestem na ziemi, podpieram się rękami. Udaje mi się wstać. Chwiejnie, zamroczona, potykając się, zmierzam do łazienki. Rozmyślam, jak to rozegrać. Leki odpadają, jesteśmy martwi, nie chorujemy, leków tu nie znajdziesz. Utopić się ciężko. Mogę się powiesić, wykrwawić, rzucić z wysokości, przedawkować. To chyba byłoby na tyle. Zaglądam do szafy w poszukiwaniu pasków i sznurków. Nie ma. Jak to nie ma? Jestem pewna, że jakieś miałam. Spoglądam na buty, sznurówki – zniknęły. Jakim, cholera, cudem? Dobra, może coś ostrego. Noże? Nie ma. Żyletki? Nie ma. Szkło? Ktoś pozabierał wszystko, co szklane i niebezpieczne. Kurwa mać, pieprzony diabeł. Skąd wiedział, co będę chciała zrobić? Jestem na tyle zdesperowana, że wychodzę z pokoju. Idę do klubu, do którego chodziłam z Kenji’m. Szukam kogoś, kto może mieć jakikolwiek rodzaj narkotyków. Najlepiej tych twardych. Nie wiem, ile muszę wziąć, żeby umrzeć. O dziwo, nigdy nie interesowały mnie „zabawy” w ćpunkę. Spotykam kogoś, kto może mi pomóc.

– Hej, Jasper – zagaduję przyjaciela Sam.

– Rachel… – w jego głosie wyczuwam napięcie.

Boi się, ale mam wrażenie, że jest również zdziwiony.

– Wiesz, u kogo mogę dostać jakieś narkotyki, leki, cokolwiek? – pytam.

– Po co ci to? – niemal widzę, jak się trzęsie.

– Tajemnica – odpowiadam, spoglądając na niego spod przymrużonych powiek.

– Słuchaj, Rachel, nie chcę żadnych problemów – zamierza odejść, jednak łapię go za ramię.

–   Proszę, Jasper, bardzo tego potrzebuję – nalegam.

Łamie się.

– Ile? – zniża głos do konspiracyjnego szeptu.

– Dużo, ile tylko dasz radę.

– Kenji ma z tym coś wspólnego?

 Znowu Kenji. Dobra, ok, zrozumiałam, jest bogiem, ale to chyba nie powód, żeby srać ze strachu.

– Tak, on mnie o to poprosił – kłamię.

– Poczekaj tu chwilę – Jasper odchodzi.

Po dłuższej chwili w tłumie dostrzegam zbliżającą się do mnie blond czuprynę. Kiedy podchodzi, jest wyraźnie zdenerwowany. Za nim stoi Kenji, który trzyma dłoń na barku Jaspera. Cofam się o krok. Brunet wygląda na wściekłego. Znowu robię komuś problem, znowu ktoś jest przeze mnie wkurwiony  i znowu komuś może się coś przeze mnie stać.

– Kenji, zostaw go – mamroczę.

Spojrzenie chłopaka jest nadal twarde, ale puszcza blondyna.

– Idź w cholerę, Jasper – cedzi przez zaciśnięte zęby, lekko go popychając, następnie chwyta mnie za ramię i ciągnie za sobą.

To boli. Wchodzimy do pokoju. Diabeł przyszpila mnie do ściany. Szykuję się na krzyki, może nawet przemoc fizyczną, jednak nic takiego nie następuje.

– Nigdy więcej tak nie rób! Nawet o tym nie myśl! Zrozumiano? Jak mówię, że będzie dobrze i się pozbierasz, to tak będzie. Zobaczysz – mówi dobitnie, ale nie nazbyt głośno.

W momencie, gdy mnie puszcza, upadam na ziemię. Kuca przy mnie i podnosi moją głowę tak, aby nasze spojrzenia się zetknęły.

– Spokojnie, mam plan. Pomożesz mi, prawda? Musimy się zemścić na tym dupku. TY musisz – jego głos jest taki przyjemny. – Idź spać, jutro pogadamy na poważnie.

– W sumie to dopiero co wstałam, nie jestem pewna czy chce mi się spać – stwierdzam.

– W życiu każdego nadchodzi czas, w którym trzeba pospać trochę więcej. Zaręczam ci, że nie będziesz miała problemu z zaśnięciem – Jezu, jak ja kocham jego oczy, są tak wspaniałe, a ten czerwony poblask czyni je jeszcze bardziej wyjątkowymi. Przekonał mnie. Posłusznie kładę się pod kołdrę. Miał rację, jak zawsze, zaśnięcie okazuje się bardzo proste.

 

 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Rozdział 27


Zostaję sama na trybunach. Siedzę, starając się przetrawić wszystko, czego się przed chwilą dowiedziałam. Nie jestem w stanie poukładać sobie tego w głowie. Jego propozycji, jego głosu. W końcu niecodziennie dowiadujemy się, że nasz najlepszy przyjaciel jest bogiem i niecodzienne ktoś namawia nas do rewolucji. Nadal nie do końca wierzę jego słowom, ale jak inaczej wyjaśnić jego magiczne umiejętności oraz niebywałą znajomość tego miejsca? Już zdążyłam się zorientować, że żaden diabeł nie potrafi tego, co Kenji. Najbardziej jednak trapi mnie jego pytanie, a właściwie prośba. Skoro Lucyfer i Michael naprawdę bez żadnego powodu pozbawili go władzy, może powinnam mu pomóc. Przystąpić do rewolucji. Z drugiej strony, czy Kenji aby na pewno mówił prawdę?  Jestem w stanie uwierzyć, że Michael zrobił mu coś takiego, ale Lucyfer? Zawsze uważałam przywódcę piekła za spoko kolesia. Może powinnam mu się dokładniej przyjrzeć? Chyba nie jestem najlepsza w ocenianiu ludzi. Wtem zauważam przed sobą małą anielicę. Przechodzi mnie dreszcz.

 – Lucy?! Przestań się tak nagle przede mną pojawiać! Mam już dość magii, demonów, aniołów i wszystkich im podobnych stworzeń jak na jeden dzień wykrzykuję podenerwowana.

 – Co ci zaproponował? Lucy przebija się przez mój krzyk śmiertelnie poważnym tonem.

 Skąd wie, że Kenji mi coś proponował? Jak długo mnie śledzi? Trochę obawiam się rozmawiać z kimkolwiek na temat planów Kenji’ego. Nie chcę wpaść w kłopoty, a tym bardziej wpakować w nie jego, ale Lucy jest tylko niewinną, małą dziewczynką. Chyba mogę jej ufać? Komuś trzeba, a w tej chwili nie jestem pewna, czy ktokolwiek jest godny zaufania.

 Nie powiesz Michaelowi? – zaczynam niepewnie.

 – Yyy… – nie na taką odpowiedź liczyłam.

 – Obiecaj, że choć raz będziesz bezstronna. Potrzebuję cię w moim karcącym glosie pobrzmiewa nuta desperacji.

 Dziewczynka uśmiecha się serdecznie.

 – Postaram się pomóc – mówiąc to, siada obok mnie.

 – Jesteś wyjątkowo dojrzała jak na swój wiek. Powinnaś była poznać trochę ziemskiego, normalnego życia komentuję, na co Lucy wzrusza ramionami.

 Rozpoczynam historię.

 – Dobrze, więc wyobraź sobie, że jesteś w mojej sytuacji. Zabijasz się, zabijasz kogoś, wyrzucają cię z nieba, koleżanka pomaga ci znaleźć drogę do piekła, a tam znajdujesz najlepszego przyjaciela. Po jakimś czasie, nareszcie, udaje ci się zapomnieć o wcześniejszym życiu. Nie martwisz się, pierwszy raz od bardzo dawna jesteś naprawdę szczęśliwa, ale jednocześnie wszyscy odwracają się od ciebie. Następnie dowiadujesz się, że twój najlepszy… hmm… przyjaciel jest zapomnianym bogiem i namawia cię do rewolucji przeciw światu, zgadzasz się? – zastanawiam się, czy wyrażenie „najlepszy przyjaciel” jest odpowiednie w stosunku do Kenji’ego.  Czasami mam wrażenie, że łączy nas coś innego. Coś większego, poważniejszego…a może właśnie na odwrót? Przemyślania przerywa mi głos anielicy.

 – Zastanowiłabym się, czy ta rewolucja rzeczywiście jest potrzebna. Najlepiej rozwiązywać problemy w pokojowy sposób, bez przemocy. Jeśli ten przyjaciel rzeczywiście ma jakieś dobre pomysły na poprawienie sytuacji na świecie, niech pogada o tym z Lucyferem. Ważne są też powody, którymi się kieruje. Jeśli zależy mu tylko na władzy i wprowadzeniu chaosu, bo i tak nie ma absolutnie żadnego pomysłu na ulepszenie świata, albo po prostu kieruje się rządzą zemsty, która jest głupim przewodnikiem, wybiłabym mu ten pomysł z głowy tak naiwnego i przesłodzonego tekstu mogłam się spodziewać.

 Niezbyt mam ochotę, mimo wszystko, polegać na opinii małej dziewczynki, która niewiele wie o życiu. Tym bardziej, jeśli wychowuje ją świrnięty anioł. Choć muszę przyznać, że jej słowa są całkiem inteligentne. Nie bierze tylko pod uwagę jednego: uczuć. Zawsze mówi o tym, co najlepsze dla ogółu, a ja chcę być w porządku ze sobą i Kenjim, nie z całym światem.

 – Mówił, że mogłabym zostać królową… odwlekam decyzję, próbując przekonać siebie oraz dziewczynkę.

 – Jest bogiem, ma nieograniczoną moc. Może tobą manipulować ile tylko chce, a ty nie będziesz miała pojęcia, że to robi.

Dlaczego ona zawsze musi być taka logiczna? Nigdy tego nie potrafiłam. To boli, biorąc pod uwagę jej wiek.

Naszą rozmowę przerywa niespodziewane przybycie Lucyfera. Gdy tylko jego oczy zatrzymują się na nas, zaczyna zbliżać się w kierunku trybun. Staje między mną a Lucy. Wpatruje się w ośmiolatkę nieprzeniknionym, beznamiętnym wzrokiem. Jego wyraz twarzy nie zdradza zupełnie nic. Leniwie przenosi spojrzenie na mnie.

 – Rachel, mogłabyś się oddalić? Chciałbym zamienić z Lucy kilka słów odzywa się.

 Jego głos jest spokojny i twardy. W odpowiedzi kiwam głową i podnoszę się z miejsca.



 Schodzę na boisko. Przemierzam murawę wolnym krokiem. Nigdzie mi się nie spieszy, a w głowie kłębią się różne myśli. Teraz przeważa pytanie, o czym Lucyfer chce rozmawiać z Lucy? Co chwila mija mnie jakiś mieszkaniec piekła. Nawet nie zauważyłam, kiedy się ich tutaj tyle nazbierało. Każdy zajęty swoimi sprawami, przyjaciółmi, partnerami, a w tym wszystkim ja, snująca się jak cień. Ja… i okropny, rozpaczliwy pisk, rozdzierający przestrzeń. Chwila konsternacji. Dźwięk był wysoki, brzmiał jak błaganie o pomoc małej dziewczynki. Był stłumiony, jakby ofiara nie była pewna, czy może wydać z siebie tak głośny dźwięk. W jednej chwili odwracam głowę w stronę, z której, jak mi się wydaje, dobiegał pisk i zalewam się łzami. Podbiegam do Lucyfera, rzucam się na leżące, zakrwawione ciałko Lucy. Szlocham, nie widzę nic poza krwią, rozbitą główką oraz nienaturalnie wygiętą szyją i kończynami anielicy. Dziewczynka bez wątpienia jest martwa. Co się do cholery stało? Z ogromnym trudem, nadal przyciśnięta do leżącej wysłanniczki nieba, podnoszę głowę, by spojrzeć na Lucyfera. To on to zrobił, jestem tego pewna. Gdzieniegdzie na jego postaci widzę czerwoną substancję. Znowu to samo. Znowu krew, znowu śmierć, znowu morderca, znowu ja…

 Za dużo… znowu za dużo. Z rykiem, przeplatanym szlochem wpadam na Lucyfera. Nie jestem w stanie wypowiedzieć żadnego słowa, ale mój umysł krzyczy: jak mogłeś! To nie fair! To nie fair, że ona zginęła. Nic złego nikomu nie zrobiła. Czemu zawsze giną ci dobrzy, niewinni, którzy powinni żyć i pomagać żyć innym? Kto następny, Lucas?  Atakuję władcę diabłów, kiedy podbiega do mnie Kenji i łapie mnie w uścisku. Próbuje odciągnąć mnie od Lucy i jej zabójcy, ale ja padam na ziemię. Nie potrafię wstać, nie potrafię tak po prostu odejść. Chcę zniknąć, chcę znowu umrzeć, tym razem bez żadnego cholernego nieba czy piekła. Pragnę pustki, nicości, spokoju. Chłopak bierze mnie na ręce. Wtulam się w niego, tracąc z oczu Lucy. Już więcej jej nie zobaczę.